obserwacja-myśli- zapiski

Mgła codzienności

Witajcie!

Być może większość z Was ma już trochę przesyt moich dość ponurych wpisów, ale nie chcę udawać, szczególnie przed Wami i samą sobą, że jest dobrze- jak nie do końca jest. To absolutnie nie polega na tym, że ja wstaję z łóżka i wymyślam sobie powód by się dołować.. o nie. Nawet nie wiecie jak marzę, by w końcu obudzić się wypoczęta, uśmiechnięta z taką energią i zapałem do życia. Wielokrotnie próbuję przebić się przez swoje czarno-białe myśli. Czasem wydaje mi się, że jestem już prawie na tej "prostej". Już nawet mam siłę by się uśmiechnąć, pożartować ze znajomymi, wyjść, umalować się i ubrać. Pokazać siebie- taką jaka byłam i jaką chciałabym znów być. I kiedy już tak jestem utwierdzona w tym, że chyba złapałam wiatr w żagle i znów mogę wszystko przychodzi kolejny dzień, który niszczy wszystko, co zbudowałam sobie przez czas poprzedni. Nie wiem czym jest to spowodowane, że na dłuższy moment nie mogę złapać tej stabilności.

Kluczem do mojego uzdrowienia jest niemyślenie o przeszłości. Wiara w to, że każdy dzień może być piękniejszy od poprzedniego. Jednak nie mogę się oszukiwać, bo niestety wszystko co było dla mnie piękne i wartościowe zniknęło z mojego życia. Nie ma go już... jednak moje serce i umysł nie jest w stanie tego rozumieć. I tak walczę z tym każdego dnia. By nie dać się swoim myślom, by móc powiedzieć jak bardzo jestem silna i jak bardzo jestem szczęśliwa, mimo tego, że nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze pokocham i czy ktoś pokocha mnie, czy znajdę receptę na własne szczęście, czy każdy dzień będzie wyglądał jak dotychczas.

Nie, ja nie marudzę, nie narzekam. To nie jest tak, że tylko w utraconym szczęściu i osobie widzę swoją niedolę. Bo być może sam fakt tego nie byłby tak zły. Jest jeszcze wiele innych dodatkowych kwestii o których nie chcę wspominać, ale które sprawiają, że to wszystko dopełnia całą moją gorycz.

Czasem budzę się, otwieram oczy i zadaję sobie pytanie. Dlaczego niektórzy mają tak wiele? Dlaczego niektórym tak wiele się udaje, a niektórzy tracą wszystko i są nieszczęśliwi?

Doceniam każdą osobę, która z ciepłym serduszkiem przy mnie trwa. Widzę, że moi przyjaciele martwią się o mnie, starają się pocieszać, nadawać dobry humor, próbują robić wszystko bym była szczęśliwa. Jakże dobrze, że ich mam. Bez nich chyba wcale bym nie dała rady z tym wszystkim, nawet w taki słaby i nie zawsze trafiony sposób w jaki sobie próbuję radzić.

 

To nie jest wpis o moim bohaterstwie, że walczę, że się nie poddaję. Bo każdy dzień to zagadka: dziś wstanę? czy dziś upadnę?. To wpis o tym jak trudno odnaleźć nową drogę, sens codzienności. Piszę o tym jak ciężko znaleźć tą iskierkę nadziei na to, że jeszcze kiedyś wszystko będzie tak jak sobie o tym marzyłam...To trudne, szczególnie trudne jak nic na to nie wskazuje. Jak nadzieja na dobroć ludzi, na możliwość zaufania została dawno pogrzebana.

 

Wiem, że ja sama steruję sobą. Nikt prócz mnie samej nie ma na to wpływu. Nikt nie może mi czegoś nakazać czy powiedzieć "rób tak a nie inaczej". Każde pojedyńcze słowo, które wypowiadam, każda czynność w którą się angażuje jest moją decyzją. Czasem ich żałuję.

 

Tak wiele błędów popełniłam. Tak wiele się nauczyłam przez ostatni czas. Życie może być największą z lekcji jaką można dostać. Czy ostatecznie jakoś z tego wszystkiego się pozbieram i pozlepiam? Czy znajdę swoje upragnione szczęście pośród tych zwykłych szarych dni? Bardzo bym tego chciała.