obserwacja-myśli- zapiski

Świeży powiew....

Długo się nie odzywałam, bo i sytuacja zmieniła się diametralnie, a ja potrzebowałam czasu by to wszystko poukładać sobie na nowo. Otóż poszłam za głosem rozsądku. Wybrałam samotność.. Choć jak się potem okazało, sama nie zostałam. Oddałam mój śliczny, mały dowód miłości i zakończyłam paroletnią historię, która miała osiągnąć kres jeszcze, co najmniej za jakieś 60 lat. Nie mogłam dłużej tak żyć, pozwalać na niszczenie siebie. Odważnie podeszłam do sprawy. Czy poczułam ulgę? Tak, może na chwilę tak. Jednak to, co działo się potem, nie przypominało i nie przypomina do dnia dzisiejszego zdrowej relacji, bądź jakiejkolwiek relacji, którą mają bądź nie mają osoby, które się rozstają. Początkowo nie miałam zamiaru utrzymywać jakiegokolwiek kontakt, bo w sumie, po co? Jaki byłby tego sens.. To tylko by przedłużało cierpienie i zapominanie. Jednak On nie pozostawił tak sprawy, „zawalczył” a ja zdecydowałam, że koleżeństwo póki, co to najwięcej ile mogę dać. Nie zarzekłam się, że „już nigdy”… bo nigdy tak mówić nie można. Obiecałam, że może kiedyś, jak będzie nam dobrze i wygodnie spotykać się w takich relacjach i jeżeli one przerodzą się w coś więcej, to zaryzykuje. Jednak nasze spotkania przybrały niezdrową częstotliwość wywołując oburzenie moich znajomych. Pytają „po co?”, „nie za często się widzicie”, „jakbym Was nie znała i Waszej sytuacji to bym pomyślała, że wcale się nie rozstaliście”… Oni nie wiedzą, a przecież zmieniło się wiele, przede wszystkim we mnie. Aczkolwiek jakiś czas temu, na moment zaufałam… a potem znów wszystko zaczęło się sypać… Czy wiara w to, że może być dobrze, że wyjdzie się na prostą jest w tym przypadku błędem? Nie wiem, na czym stoję, czy mogę na coś liczyć, na coś mieć nadzieję, czy lepiej pozostawić wszystko za sobą, drastycznie zerwać jakikolwiek kontakt i żyć…. Sama po swojemu, bez oddechu miłości, za którym tęsknię, bądź, od którego tak mocno się uzależniłam.