obserwacja-myśli- zapiski

moje myśli

W ogóle nie chce mi się tu być. Jakoś jak mam wyjeżdżać z domu i wiem, że nie spotkam się z Nim, nie widzę większego sensu siedzenia tu… tylko, że po co się z Nim spotykać jak nie jestem w nim zakochana? Tzn. sama nie wiem, czy jestem czy nie… to takie skomplikowane. Gdyby choć trochę się postarał, chciał zrobić coś, co by sprawiło, że na nowo umiałabym na Niego spojrzeć, gdyby nie był taki obojętny, gdyby każda kłótnia czy nieporozumienie z Nim nie kończyło się w ten sposób, że On obojętnie milczy bądź mówi, że jak mi nie pasuje to mogę odejść. Nie chce kogoś takiego! chce kogoś kto mi pokaże, że ta wymiana zdań też Go rani, że nie chce tego by było między nami źle, że postara się sam, by to naprawić, że zawalczy… a w zamian mam nie wiadomo co,  osobę dla której czy płaczę czy się śmieje jest dosłownie wszystko jedno. Z jednej strony rozstałabym się z Nim ale z drugiej strony boję się tak bardzo tego co będzie potem, czy dam radę, czy moja psychika mnie nie przygniecie? Ale czy z drugiej strony całe życie muszę się czegoś bać? Nie chce tak egzystować wiecznie. Chce wiedzieć i czuć się szczęśliwa,… tylko ten lęk… czy dam radę? Ponoć do odważnych świat należy. Kiedyś byłam odważna, bardzo silna wręcz niezależna. Nie bałam się jutra.
 A Dziś czuje się jak zlękniony kociak, który nie wie co jutro go czeka i z lękiem budzi się i patrzy w nowy dzień. Już nawet nie wiem co lubię robić, co mnie interesuje. Ten człowiek pozbawił mnie wszystkiego co było we mnie najlepsze… Radości z życia, gonitwy za marzeniami i chyba najważniejszego co zawsze wyróżniało mnie spośród innych ludzi…uśmiechu, szerokiego i serdecznego, a przy tym szczerego. Teraz uśmiecham się do osób, których mijam na korytarzach uczelni, lecz ten uśmiech szybko znika z mojej twarzy, nie pozostaje na niej dłużej niż czas, w którym znana osoba minie mnie. Potem znów ta sama szara twarz i smutne oczy. Nieszczęśliwa, zlękniona i obezwładniona. Nie, nie użalam się nad sobą. Przecież potencjalnie sama sobie to zrobiłam/ robię poprzez brak mojej konsekwencji i pewności siebie- pewności, że dam radę sama, że żaden człowiek nie będzie mi wyznaczał granicy mojej godności, tego ile mogę wytrzymać.  Nikt nie ma prawa robić ze mnie niewolnika, który ma dawać miłość i być posłusznym. Nazywam to nie bez powodu niewolnictwem, bo niekiedy się tak czuję. Jak w kajdanach.. a jednocześnie mam gdzieś w głowie te dobre chwile i wspomnienia, kiedy myślałam o Nim, że jak to możliwe by tak cudowna i piękna istota mogła chodzić po tym świecie i być ze mną, kochać mnie. Nie posiadałam się wtedy w swoim szczęściu i to było widać… mam wrażenie,  że te szczęście rozświetlało moje życie na długie, długie kilometry… Kto odpuścił? Kto puścił pierwszy rękę drugiej osoby? Kto pierwszy zadał cios i ból? Jak można było zamknąć oczy i pozwolić by to co złe, zwyczajnie, po prostu się działo. By czas i okoliczności zniszczyły chyba najważniejszą wartość w życiu.  
W początkach naszego związku dużo osób mi gratulowało i wręcz zazdrościło, mówili o tym jak wielkim szczęściem jest spotkanie swojej drugiej połowy. Też tak uważałam, że On nią był… był wtedy na pewno. Wszystko było takie jasne i jak w puzzlach doskonale pasowało do siebie. Dokąd odszedł mój idealny chłopak? Moje połączenie dobra, ciepła, miłości, zrozumienia, radości i pasji. To On nauczył mnie tak wiele… pokazał jak to jest być dla kogoś najważniejszą osobą- nigdy wcześniej tak się nie czułam, pomimo spotykania się z innymi chłopakami. Dopiero jednak On uświadomił mnie czym tak naprawdę jest uczucie. Nie chodzi mi tu o fakt, że było cukierkowo i się nie kłóciliśmy.. nie. Patrzyłam na Jego twarz,  w Jego oczy i widziałam w nim tak wiele dobra i spokoju, które to gwarantowały mi tak dużo bezpieczeństwa, podwyższały moje poczucie własnej wartości. Miałam nieograniczone pokłady siły i wiary w nas, w siebie. Może to dzięki Jego wsparciu poradziłam sobie studiując dwa kierunki? Może to ta siła, którą przekazywał mi każdego dnia uskrzydlała mnie i dawała mega mocy do codziennych wyzwań, których nie brakowało.

Dziś…. Dziś brakuje mi chęci i mobilizacji do prostych zadań, które stawia mi los. W głowie wyświetla mi się ciągle hasło „nie chce mi się”, „jestem przecież i tak do niczego”. W końcu  utraciłam to co najważniejsze: miłość do drugiej osoby i poczucie, że jestem kochaną. Wszystko to co napędzało mnie przez te trzy lata odeszło, rozmyło się, jakby nagle przyszła fala i zmiotła to spod powierzchni ziemi.

Dziś On jeszcze jest… mówię jeszcze bo nie wiem jak długo ten czas będzie trwał… Może tydzień, może miesiąc. Powinnam chyba rozpocząć modlitwę o odwagę i siłę żeby było mi łatwiej i lżej… bo w to, że On się zmieni i między nami będzie jeszcze kiedyś lepiej już niestety nie wierzę.